Z zamiłowania tworzę strony internetowe. Moje teksty mają na celu opisanie
niektórych fragmentów internetu, którego ta strona jest częścią.
Konserwatywny, pewny siebie, niekonwencjonalny - to wady czy zalety? Sprawdź!
maciej łebkowski
Wakacje tego lata nie dały o sobie zapomnieć. Krótko, choć niekoniecznie i zwięźle, choć też niekoniecznie na temat dwóch tygodni spędzonych pod żaglami na Mazurach.
Pamiętam, że wyjechałem na dworzec koło 6.2o, zabierając po drodze Wiktora i Mikołaja. Na wschodnim wszyscy zjawili sie niemal w tym samym momencie. Podróż pociągiem nie była specjalnie ciekawa, a tymbardziej warta opisywania jej tu. Może wspomnę tylko, ze Wiktor zabrał ze sobą prawdziwie żeglarską ksiązkę: "Wywieranie wpływu na ludzi". Na miejscu byliśmy koło 14.3o. Droga od peronu do portu była, co dziwne, równie długa jak rok temu. Tymczasem Loanna gościła już Marcina od soboty. Załatwiwszy wszystkie formalności udaliśmy się do Złotej Rybki, na upragnioną przez Piotreksa zupe rybną. Jakiż zawód musiał przeżyć, kiedy kelnerka powiedziała, że zupy nie ma. Nie było to jednak jedyne zamówienie, które się tak skończyło. Sobotnie wesele, którym tłumaczyła się miła pani, pochłoneło również pierogi z mięsem, spaghetti i mnóstwo innych potraw. Nie chcieliśmy zostać dłużni -- zapłaty za posiłek też miało "nie być", ale finalnie nie skorzystaliśmy z tego pomysłu.
Koło 2o.oo wypłyneliśmy na j.Niegocin. Nie obawiając się zamkniętych mostów i tym podobnych przeszkód wybraliśmy się w kierunku Kuli, do której nie dopłynęliśmy tego dnia (stanęliśmy na dziko zaraz za Niegocinem.
Pogoda była... słoneczna. Jeden z niewielu dni, w którym olejek do opalanie sie przydał, a nawet co do tego nie jestem pewien. Było na tyle niebezpiecznie, że daliśmy Sebastianowi sterować, a lokalny szaman próbował sprowadzić wiatr. Dzień upłyną miło i po woli. Płynąc kanałami niejeden śmiał się z "Ostatniej deski ratunki" zawieszonej na wystrzale. Stworzyliśmy postaci do CP2020 i przybiliśmy do keji w Mikołajskim porcie.
Z samego rana o 11.oo wyruszyliśmy w stronę Galindii. Zajrzeliśmy w międzyczasie na największe polskie jezioro, gdzie pływało się... fajnie. Sprawdziliśmy również jak działają dryfkotwy w postaci mnie i Piotrka. Płynąc Beładanami przybłąkała się kaczka i nie opuszczała naszego killwatera (tak, niezwykłe prędkości rozwijaliśmy). Przekonaliśmy sie przy okazji, ze wrzucanie chleba do wody przyciąga niesamowite ilości ptactwa. Stanęliśmy "na dziko" kilkaset metrów przed Galindią, gdzie Sebastianowi udało się stwierdzić, iż "łabędzie nas otoczyły... z lewej burty".
Droga do Rucianego była... nieprzejezdna. Jeden z bardziej roztropnych kapitanów, w stanie wstakującym na spożycie, wpłyną w śluzę jakąś większą jednostką. Przytoczona została anegdotka o tym, jak to kiedyś, za czasów pierwszych żaglowców w Gdańsku etc... Piewien kapitan żeglugi szerokomorskiej wpłynął wielką jednostką żaglową do portu, na pełnym ożaglowaniu. Dawno pogubił załogę (która wyskoczyła za burtę w panice), ale on w pełni spokoju, 50 metrów przed brzegiem wydał komendę: "Oba cała wstecz!". Nie muszę chyba dodawać, że jednostka nie miała DieselGrota na pokładzie? BTW, DieselGrot to druga nazwa dla silnika na pokładzie.
Pierwsza sesja w CP2020 była raczej zapoznawcza. Alex, Jose i Niania, nasi trzej solo, a dla kontrastu Alister, Franco i Gedet, odpowiednio: technik, prywatny detektyw i szaman (sic!). Misja była łatwiejsza niż banalna, ale pozwoliła nam zgrać drużynę i wytworzyć jej charakter (jesteśmy niesamowitymi taktykami).
Kiedy zapływaliśmy do Galindii koło południa nie mieliśmy pojęcia, że postój tam miałby nas kosztować w sumie ponad 100PLN. Odcumowaliśmy niezwykle zmotywowani i wiatr popchnął Loannę w górę jeziora Bełdany (tj. na północ). Może popchnął to mocne słowo podczas gry halsowalismy ostrymi bajdewindami. W międzyczasie minęliśmy ładną burzę i już się wypogodziło, kiedy mieliśmy wpływać na j.mikołajskie... Lecz na tym jeziorze, niczym za niewidzialnymi drzwiami, wiatr rozpędzał się niesłychanie i osiągał poziom ok 6. Ożaglowanie poszło w dół, DieselGrot na pełnych obrotach i schowaliśmy się za cyplem. Wielu próbowało, ale nikt nie przepłynął tego dnia na żaglach do Mikołajek. My sami, bijąc dziobem w fale, dziwiąc się, że woda która wpada nam do ust nie jest słona, paląc mnóstwo benzyny, dotarliśmy do mikołajskiego portu, w którym wiało tylko troszkę słabiej.
W tym centrum turystycznym Mazur zrobiliśmy zakupy i zaczęliśmy rozglądać się za telewizorem. Znalazłwszy w końcu odpowiedni pub zajęliśmy w nim miejsca koło godziny 2o.oo... Połowa wioski żeglarskiej miała podobny pomysł, ale my byliśmy szybsi. Mecz wiązał ze sobą niezwykłe emocje, więc tymwiększe było rozczarowanie po końcowym wyniku.
Wiało spokojnie. No, może wcześniej było trochę ciekawiej i sprawdzaliśmy nasze umiejętności żeglarskie w mini regatach z Desperado. Niestety jakoś szybko odpadliśmy. Koło wejścia do kanału tałckiego przejąłem ster i skierowałem łajbę na ryńske. Od tamtej pory zawsze w pobliżu pływała midoja. Nie pamiętam klasy tej łodzi, ale była mniejsza niż nasz Janmor... i równie szybka. Wlekąc się spokojnie tym rynnowym jeziorem Wiktor został nakłoniony do wyjęcia gitary i zaczęły się szanty. W mieście poszliśmy do znanej nam restauracji "u Wallenroda", gdzie ceny były chyba gorsze niż obsługa, a na posiłek dłużej czeka sie chyba tylko w "Złotej Rybce".
Wieczorna sesja była krótka. Coś niepokojącego zaczęło sie dziać wokół nas, ale fabuła nie posunęła sie raczej do przodu. Rozwinął sie jednak poboczny wątek, w którym Alex, podczas swojej akcji, wpadł do pudła.
Jak zwykle byliśmy ostatnim jachtem, który odbijał od keji w Rynie. Nawet midoja, która wcześniej pływała z nami burta w burtę, teraz nie zamierzała czekać aż lenie z Loanny wstaną. Zaczęła się droga powrotna. Był to piątek, czyli pierwsza część podróży dobiegała końca. Dziennik pokładowy milczy, ale pamiętam Zielony Gaj, w którym nie było jachtu z... masztem. Sic! Jakaś szajka kradnąca maszty? O tym później.
Szczęśliwie przedostaliśmy się przez trzy kolejne kanały i jako przystań wybraliśmy sobie półwysep Kula. Wykonaliśmy kilka napraw na jachcie i udaliśmy się spać.
Zaczął się wyjątkowo. Już kilka minut po siódmej jakiś starszy pan obudził nas pukaniem w laminat. "Opłata portowa", zdawało mi się że mówił. Portowa, do cholery?? Te kilka desek zbitych niechlujnie zwie się portem?? Wtedy jednak byłem zbyt zaspany, żeby o tym myśleć. Moim celem było pozbycie się staruszka, co kosztowało nas koło 8zł. Tego dnia poznaliśmy stary kanał łaczący Niegocin i Kisajno. Postój obiadowy w zatoczce przy Królewskim Rogu (chcieliśmy się wykąpać, ale zmęczyłem się zanim doszedłem do wody o głębokości conajmniej 1,5m). Następnie nasze 39 metrów kwadratowych żagla powiodło nas do przystani w Sztynorcie Dużym. Swoją drogą, to Sztynort Mały chyba nie istnieje -- urósł i zmieniono nazwę. Tu wrócę do poruszonej wcześniej kwestii: kiedy stanąłem na keji w Sztynorcie mój wzrok padł na znak stojący obok. Nie przyciągnąłby mojej uwagi, gdyby nie było przytwierdzony do masztu -- a więc juz wiemy, co działo sie z masztami z Zielonego Gaju. A ekspedientka w sztynorckim sklepie usłyszała ode mie, że chce "resztę twixów"... w sumie chyba trzy.
Na jeziorze Mamry działo się chyba mniej, niż na sesji w CP. Swoją drogą mam wrażenie, ze ta sesja odbyła się dzień wcześniej, ale tak mam zapisane w dzienniku pokładowym. Jezioro ugościło nas na jednej z plaż. Widząc nadchodzący deszcz założyliśmy tent, który okazał się być bardzo przyjemny. Podczas sesji pokazaliśmy nasza taktyczną naturę i odbiliśmy Alexa z więzienia. Największą zaporą była dla nas recepcionistka, która nie wiedzieć czemu, była wyszkolona i uzbrojona niczym najlepszy solo. Potem szło już tylko lepiej. Alex wybił się z celi dzięki mojemu Towa 12, ja rozwaliłem kraty (w których on się prawe zaklinował, a potem mój krytyk przy rozginaniu krat i nie muszę nic wiecej dodawać). Przed wyjściem czekał na nas jeszcze jakiś człek, który ubzdurał sobie, że najlepiej będzie strzelać do nieopancerzonego Alexa. Mój strzał pociskiem usypiającym w policzek napastnika był nieoceniony, a dodam, ze postac po prostu nie umie sie posługiwać pistoletami i był to niezwykły fart. Uśmiech losu, rzekł bym. Policja też przybyła pół minuty za poźno, co dało nam czas na skuteczną ucieczkę do strefy walki...
Mamry były gościnne, ale naszym celem było Węgorzewo. Stanęliśmy więc w "bazie Ahoy". Wioski żeglarskiej nie było. Powiem więcej -- miasto i sklepy były dziwnie daleko, ale warto było. Przede wszystkim dlatego, że Smażalnia Ryb, w której się stołowaliśmy, była najfajniejszą restauracją ze wszystkich odwiedzonych podczas wyjazdu. Obsługa, klimat, potrawy, ukochana zupa rybna Piotreksa, a nawet lody o wyglądzie pasty do zębów. Sesja tego wieczora była ciekawa. Nie wiedzieliśmy co się wokół nas dzieje. Ruszyliśmy nasze kontakty, ale to jeszcze bardziej rozmyło fabułę.
Z rana zaskoczeni zostaliśmy ceną... wody. Pobranie wody kosztowało złotówkę, co uznaliśmy za nonsens i nie zapłaciliśmy. Ta AVka goniąca nas w kanale to chyba za tą złotówkę (AVka - to zaciągnęte z CP2020, w rzeczywistości była to tzw Krowa lub Świnia, czyli statek wycieczkowy) Jezioro znów nie było porywające. Stanęliśmy na kociej wyspie na święcajtach, kiedy słońce było jeszcze wysoko. Podczas kąpieli Sebastianowi udało się skaleczyć, co było nielada wyczynem. Wyszło, ze apteczki u nas niet.
W CP2020 niejako przełom. Neotech porywa nas (niczym armia) i każe dla siebie pracować. Ja, w swojej roztropności, nie mówię o tym reszcie drużyny, tylko wymyślam bajeczkę.
Po sesji, leżąc w kojach, usłyszeliśmy... skrobanie. Długo próbowaliśmy znaleźć jego źródło, wiele razy budziło nas w nocy, aż w końcu diagnoza została wydana: mysz!
Kolejny dzień w Sztynorcie. Tym razem już ciekawszy. Na początek zapoznaliśmy sie z ekipą z Krasnala. Z początku wydawali się całkiem ciekawi. My tymczasem przygotowywaliśmy obiado-kolację, którą miało być prawdziwe chłopskie jadło -- chleb z cebulą. Tajników tej potrawy nie znam. Również nie przepadałem za nią (i nie jadłem). Zakupiliśmy tez kiełbasę na planowane ognisko. Wracając do Krasnala -- ten wieczór to wieczór opowiadania kawałów. Niestety im więcej Krasnale pili, tym mniej miło się z nimi rozmawiało. Rozstaliśmy się przed północą.
Wiało. Wiało bardzo i nie chciało nam sie ruszać. Poza tym dzień zapowiadał się źle, bo Krasnal, wychodząc z portu, prawie zrobił dziurę w kilku łodziach. Krasnalu, nie wychodzi się z portu na pełnych obrotach. Cieszyliśmy się, że wyszli nie robiąc wiekszych szkód. Jezioro sztynorckie było opanowane tego dnia przez wiatr o sile conajmniej 4, więc na Dargin nie chcieliśmy nawet wypływać. Przenieśliśmy się jedynie na drugą stronę tego małego jeziorka. Był to jedyny dzień, w którym nie stawialiśmy żagli. Sesja w CP2020 była jedną z końcowych, to było widać. Piotrek (mistrz gry) postawił na straży dwa borgi, które prawie zabiły mnie i Franco. Jednak akcja się udała i wróciliśmy do siebie.
Wiało kiepsko. Nie starczyłoby tego nawet żeby nas dopchnąc do Giżycka, ale nie planowaliśmy tam płynąć. Pokręciliśmy sie trochę po Darginie, odwiedziliśmy biedronkowe drzewo (spotkane rok wcześniej na rejsie) żeby w końcu stanąć gdzieś na dziko i rozpalić planowane wcześniej ognisko. Sposób, w jaki to zrobliliśmy wolałbym pominąć. Ognisko było całkiem fajne, Wiktor dał sie przekonać, aby coś zaimprowizować i zaśpiewał piosenkę o marchewce. Pomijam dalszy rozwój wydarzeń tej nocy... Poszliśmy spać. No, Piotrek trochę później, gdyż zapatrzył się w gwiazdy (od środy obserwowaliśmy niebo nocą itp).
Wyjście z naszej dzikiej przystani, pełnej żab, mchu i kamieni udało nam sie dopiero za drugim podejściem. Wiatr był silny, ale w sam raz. Zrefowani wypłynęliśmy w stronie portu domowego. To była wspaniała żeglarska pogoda. Na wystrzale było na tyle zimno, że założyłem kurtkę. Tamta lokacja była po prostu świetna. W Giżycku sie rozproszyliśmy. Zostawiając Marcina i Sebastiana do samodzielnego skladania masztu poszliśmy na zakupy. Przeszliśmy chyba całe Giżycko w poszukuwaniu szklanki, ale w sobotę po 17.oo chyba nie ma siły, zeby takową dostać. W Złotej Rybce jedynie zamówienie Piotrka spotkało się z "nie ma"... Loanna poradziła sobie z wejściem do portu. My posprzątaliśmy, poszliśmy na zakupy raz jeszcze, spakowaliśmy sie itd. Byliśmy gotowi wyruszyć do Warszawy (czy tam Krakowa, co kto woli). Wieczorem obejrzeliśmy jeszcze stojącą koło nas Delphię, która wygląda dużo ładniej i jest tej samej ceny co Janmor. Nie spodobało nam sie jednak kilka rozwiąń. Za rok i tak bierzemy Tango 780 Sport, nie?
Sesja CP2020 odbyła sie bez kości. Szczerze mówiąc mistrz gry podpowiedział nam jak szybko zakończyć kampanię. Tak tez zrobiliśmy.
Nasza mała skrobaczka sie pokazała. Była wyjątkowo szybka, zwinna i skoczna. Wydaje mi się, ze uciekła z jachtu, ale nikt nie może mieć co do tego pewności. o 11.2o siedzieliśmy już w autobusie do Warszawy. Pięć godzin podróży spędziliśmy głównie na... grze w brydża.
I to by było tyle.