Z zamiłowania tworzę strony internetowe. Moje teksty mają na celu opisanie
niektórych fragmentów internetu, którego ta strona jest częścią.
Konserwatywny, pewny siebie, niekonwencjonalny - to wady czy zalety? Sprawdź!
maciej łebkowski
Szybkie samochody, pięknie dziewczyny, niebezpieczne akcesoria, walka w powietrzu i dużo wybuchów. To wszystko mnie ominęło kiedy pojechałem sobie odpocząć na Mazurach.
W zeszłym roku po powrocie z wakacji wiedziałem już, co będę robił rok później. Taki wyjazd zdarza się raz w roku, dlatego przygotowania trwały już od początku sierpnia. Jednak tym razem wyjazd skrócił się do dziesięciu dni, żeby dać czas wrześniowym poprawkom, a pod koniec miesiąca powrócić na fale.
Dniem wyjazdu była niedziela, dwudziesty pierwszy dzień sierpnia. Z dworca autobusowego Stadion, w sześcioosobowym składzie: axZZe, Gustaw, Piotrek, Piotreks, Puck, Seba; w kierunku Węgorzewa zabrał nas autobus marki nijakiej. Dzielnie znosząc trudy pięciogodzinnej podróży (czytaj: w karty graliśmy) dotarliśmy do miejsca docelowego, o którym można również powiedzieć: port w Węgorzewie. Godzina 17.30 wydawała nam się być idealną porą na odbiór jachtu od firmy czarterującej. Podczas sprawdzania sprzętu na łajbie okazało się, że Ahoj ma, cytuję, zjebane
aneksy oraz niektóre akumulatory. Ten ostatni u nas był taki, że po włączeniu światła gasło radio i na odwrót. Jednak co to dla nas, prawda? Nie dalej jak dwie godziny później siedzieliśmy już na naszym nienazwanym (brak nazwy na burcie) Tango 780 sport, rozpakowani, gotowi do akcji. No i wszystko byłoby lepiej niż mniamuśnie, gdyby nie to, że silnik tego dnia jeszcze się chciał trochę polenić.
Dnia drugiego, z samego rana o 9.00, odpaliwszy silnik wypłynęliśmy na podbój jezior mazurskich. Zaczęliśmy, przekornie, od rzeki (Węgorapa) a później kanału (zwanego zapewne węgorzewskim). Krótko na Mamrach i postój na j. Przystań. To był dzień, który musi zostać odnotowany. Na wancie postawiliśmy banderę, a wystrzał został ozdobiony ostatnią deską ratunku. W międzyczasie stoczyliśmy batalię z zapchanym odpływem kranu. Ech, takie to teraz robią te łódki.
Koło godziny 14. Mamry wciągnęły nas znów. Ładna dwójka gnała nas przez to jezioro, a potem przez Kirsajty, Dargin aż do Sztynortu, gdzie tego dnia staliśmy na noc... A nawet na wieczór, bo zapłynęliśmy koło 19.00, po czym oddaliśmy się ogłupiającej grze w kości, popijając Reddsy.
"What do you think, rubber ducky?" - "Quak, quak!" - "My thoughts exact!"
Wtorek ciągnął się rano nudnie. Wyszliśmy z portu w południe i kierowaliśmy się nadal na południe, przez trójkowy Dargin, kanały, do Giżycka. Po drodze mijamy Fantazję, którym to jachtem pływaliśmy dwa lata wcześniej. Dwugodzinny postój nie rozleniwił nas na tyle, abyśmy zostali. Rejs kontynuowaliśmy przez Niegocin, po którym tego dnia pływały dziwne łodzie. Pod wieczór przyjęło nas jakieś dzikie wybrzeże na jeziorze bocznym, z którego po zachodzie widać było nicholerę.
ALBATROS!!!
Środa, 24. dzień sierpnia upłyneła szybko. Przez Jagodne, na którym można było się wykąpać, kanałki, krótki postój w Zielonym Gaju, Tałty... okazuje się, że nie każdy sternik na Mazurach jest trzeźwy. 
Mikołajski port przyjmuje nasz jacht gościnnie i możemy oddać się naszemu ulubionemu zajęciu. Do tego trzeba dodać, że Mikołajki nocą wiążą się z głośną, niekoniecznie ambitną muzyką typu techno, nie dającą spać.
Po polaniu paprykarza keczupem
Seba: i tak nie zabijesz smaku paprykarza!
Piotreks: ale mam nadzieję, że smak paprykarza nie zabije mnie
12.20 to pora w sam raz na jezioro mikołajskie, takoż wyszliśmy z portu, chcąc zaznać porannej bryzy o sile mniej więcej dwa w skali Beauforta. Jednak ten dzień miał nas jeszcze zaskoczyć. Popłynęliśmy na Śniardwy, oczekując wiatru rwącego grota i przewracającego tankowce, lecz tego dnia wiatr nie był nawet w stanie pokonać naszej dryfkotwy (w tej roli Piotrek i homonto ratunkowe). Spłynęliśmy czym prędzej na Bełdany, gdzie spotkaliśmy pocztopolskiego Chopina.
Postój znów "na dziko", obok malowniczego cypelka, nie wiedząc, że zza drzew ktoś nas obserwuje. Gały wyszły nam na wierzch kiedy zobaczyliśmy, że po brzegu przechadza się koń.
Następnego dnia, w piątek, postanowiliśmy wrócić do Mikołajek, zahaczając o Śniardwy (w nadziei na lepszy niż poprzednio wiatr). Rano jakoś popadało troszkę, więc po umyciu pokładu wyszliśmy dopiero koło 14.00. Tym razem jednak wiatr dopisał, a tym samym mogliśmy udać wypad za udany. Wieczorkiem w mieście portowym, znanym z hotelu Gołębiewski, spotkaliśmy znajomych Piotrka. Wieczorem mieliśmy to nieszczęście, że trzy łodzie dalej grupka osób "po spożyciu" zechciała sobie urządzić debatę na temat materii atomu oraz innych tematów, bliskim im równie dobrze, jak mi znajomość Taekwondo.
Kama: Ooo, tam coś wystaje z forluka... o rety, to człowiek!
Po piątku zwykle przychodzi sobota i tym razem nie doczekaliśmy się wyjątku od tej reguły. Burżujsko raczyliśmy sie kawą z mlekiem i ciastkami na śniadanie. W porcie zainteresował nas Pływający Obłok, z którym później urządziliśmy sobie regaty po jez. Tałty. Okazało się, że wcale nie pływa tak szybko, na jakiego wygląda. Wieczorem stajemy na dziko na Jagodnym. Kolejny raz brydż.
- Księża na Księżyc!
- Księżyc do książek!
- Ziemia dla ziemniaków!
- Keczup do kotlin!
Niedziela. Przeprowadzamy misję ratunkową żaby, która zapodziała się gdzieś w naszej bakiście. Potem ślamazarzymy się przez Niegocin do Giżycka. Tam, ledwo przycumowaliśmy do kei przywitała nas bardzo miła pani... i na tym się skończyło, bo poprosiła o dziesięć złotych opłaty portowej.
Tego samego dnia do nas przycumował perkoz. Na kolacje: jajecznica.
Przedostatni dzień rejsu to trochę pływania po j. Dargin, gdzie stajemy na obiad: pomiędzy olchowym a ptasim rogiem, czyli w naszym standardowym miejscu. Leniwie ruszamy się dalej, ale do portu braknie czasu, wiec stawiamy tent (będąc jeszcze na wodzie) i "pływającym domkiem" cumujemy w miejscu, które okazało się później wielką siedzibą komarów. Nie można jednak nic zarzucić pięknemu zachodowi słońca tego wieczora. Noc była tak denerwująca przez małe insekty, że nie tyle poszliśmy spać o 21., ale myśleliśmy czy nie przepłynąć do Sztynortu... Trzymało nas jedynie to, że było już kompletnie ciemno i nic nie dało się zobaczyć, szczególnie małego wejścia na jezioro sztynorckie.
Wtorek, przyszło nam zawitać w Węgorzewie znów. Na Mamrach wiało jak należy. Zrobiliśmy tam kilka kółek po czym spłynęliśmy do Węgorapy.
W Węgorzewie okazało się, że nie mamy autobusu do Warszawy, więc musieliśmy kombinować. Wieczorem doszliśmy również do tego, że po jednym piwie licytacja w brydżu idzie dużo łatwiej. 
Dzień wyjazdu, środa. Szybkie sprzątanie na jachcie, pakowanie... Przyszło nam wyjechać. Z przesiadką w Giżycku dotarliśmy do Warszawy o godzinie 20.50, skąd każdy na własną rękę udał się do domu.
Tak właśnie w skrócie wygląda żeglowanie z ostatnią deską ratunku. Jednak żeby nie było nudno, nasze sierpniowe dziesięć dni planujemy uzupełnić kolejnym tygodniem biegania po falach we wrześniu, tak więc ostatnie słowo nie zostało jeszcze powiedziane. 
Tak to właśnie jest - wakacyjnie.